CZYLI KUCHENNYMI DRZWIAMI. Notatnik Magdy Tylko powstający w trakcie poszukiwań informacji na temat sztuki, historii i obyczajów kulinarnych. Serdecznie zapraszam...
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
poniedziałek, 08 listopada 2010
Postraszyli w Newsweeku, postraszyli...

Dzisiaj Newsweek opublikował artykuł spożywczy, w którym autorzy (Longina Grzegórska, Radosław Omachel) poddali krytyce jadłospis Polaka a mówiąc bardziej precyzyjnie to, co Polak wkłada na talerz.

To kolejny artykuł, który obnaża brutalną prawdę o jedzeniu i o składzie poszczególnych produktów. O tym, że w serze nie ma sera albo, że w wędlinie nie ma ani grama mięsa. Oczywiście trzeba zwiększać świadomość Polaka i informować go, że poza żywnością  różne trucizny i świństwa czekają na niego na sklepowej półce.

Brakuje mi jednak w tych wszystkich krytycznych artykułach myśli pozytywnej. Czegoś co pokazywałoby jakie kroki można podjąć, żeby rozpasaniu producentów żywności przeciwdziałać. O tym, że producenci ściemniają wiemy już od dawna.

Moim zdaniem przydałyby się, na tym etapie odpowiedzi na praktyczne pytania zadawane przez świadomego konsumenta: Czy pozew zbiorowy wchodzi w grę? Czy lepiej zgłosić się do UOKiK-u i jak to zrobić? Czy producent, sprzedawca na żądanie powinien nam pokazać książeczki sanepidu wszystkich pracowników?

To ostatnie pytanie, to akurat moje niezrealizowane marzenie. Siedząc tak w eleganckiej restauracji tuż przed zapłaceniem rachunku opiewającego na 2000 PLN zapytać, mimochodem, a czy Pana pracownicy mają aktualne książeczki sanepidu? Czy mógłby Pan mi te książeczki pokazać. Nigdy niestety to marzenie się nie spełni bo jak sądzę nie będzie mi dane takiego rachunku regulować. I uprzedzając głosy krytyczne, tak, tak wiem, że 50% tych książeczek została kupiona...

Aha skoro pojawił się UOKiK, to zakończę cytatem z artykułu na temat. I postawię pytanie - retoryczne. Czy to kpiny są czy kara?

Ile w tych zabiegach prawdy, pokazała decyzja UOKiK z lipca tego roku w sprawie prestiżowej sieci Krakowski Kredens, która dostała 5,6 tys. zł kary.

Firma reklamowała swoje wyroby jako produkty wytwarzane według receptur sprzed stu lat, podczas gdy w rzeczywistości metody produkcji były nowoczesne.
Wędliny zawierały zagęszczacze, substancje wzmacniające smak i zapach, stabilizatory, przeciwutleniacze i regulator kwasowości.

Na zakończenie będzie jednak, mam nadzieję, że zdrowo - kiełki...

 

Kiełki słonecznika

środa, 15 września 2010
To śmieci tuczą dzieci...

Jadę ja sobie rano autobusem i rzuca mi się w oczy taki jakiś dziwny billboard. Fioletowy. Na plakacie chłopiec wpycha (dosłownie) jakąś bułkę. W związku z tym, że autobus pędzi przez miasto i jest bardzo zatłoczony to nie daję rady doczytać wszystkiego, co jest na plakacie napisane. Dostrzegam i zapamiętuję tylko jedno słowo "śmieci". Nie bardzo mogę połączyć te dwa elementy, to znaczy chłopca z bułką i śmieci...Przez całą drogę do pracy kombinuję, co też autor mógł mieć na myśli...

Tymczasem rozwiązanie przychodzi samo, kiedy to już w zupełnie innych okolicznościach wyrasta przede mną plakat...


To śmieci tuczą dzieci

Nie wiem tylko dlaczego największe lanie dostaje pizza, ale mniejsza o to.

Jak się po sprawdzeniu adresu www okazuje za plakatem kryje się szerzej zakrojona akcja. Cele akcji są szczytne, chodzi o zwiększenie świadomości konsumenta i zwrócenie uwagi, że dieta przekłada się(lub nie) na zdrowie, zobaczymy jak będzie z realizacją, bo to zwykle element najtrudniejszy.

Zresztą, najlepiej sięgnąć do przykładów. Podobną tematyką zajmował się swego czasu Jamie Oliver w Wielkiej Brytanii, nie można powiedzieć, żeby jego projekt zakończył się jakimś wielkim sukcesem. Dlatego tym bardziej i mocniej trzymam kciuki za polskie przedsięwzięcie.

Sama mam zresztą bardzo prosty do realizacji pomysł. Proponuję zacząć od likwidacji wszystkich "maszyn zła" w szkołach, w których dzieciaki masowo wymieniają pieniądze na śmieci.

Można by zdesztą zainstalować w zamian antymaszyny, w których by się wymieniało śmieci na pieniądze ale to zważywszy na sponsora akcji nie powinno stanowić najmniejszego problemu...

 

piątek, 27 sierpnia 2010
Kucharze historii

Proszę, proszę, oto i mamy film historyczno-kulinarny czy lepiej byłoby powiedzieć wojenno-kulinarny. Tytuł filmu po polsku "Kucharze historii" a po angielsku "Cooking history" - tu ukłony w stronę tłumacza. Podobno bardzo dobry i wielu deklaruje, że z chęcią obejrzy. Premiera niebawem, recenzje w internecie już są, więc o filmie pisała nie będę.

Zupełnie co innego w związku z tym filmem mnie poruszyło. Otóż w dzisiejszej gazecie wyborczej, na stronach co jest grane, a może nawet na pierwszej stronie, gazeta przemknęła mi w ułamku sekundy przed oczami więc nie zauważyłam, pojawiło się zdjęcie promujące ten (jak mawiają krytycy) obraz. Na zdjęciu widzimy górę mięsa w kształcie kobiecego ciała a spod tej góry wystaje coś jakby głowa. Oczywiście góra mięsa nie jest górą mięsa, jest to pokrojona wędlina i innego rodzaju , bardziej lub mniej świeże  pieczyste. Wszystko co pokrojone z wielką precyzją zostało ułożone w ten kobiecy, acz mało ponętny kształt. Więc jest jakaś kobieca rzeźba, czy jeśli tak rzec można mięsny kobiecy odlew, kobiecego ciała... Lecz głowa, głowy pominąć nie sposób, gdyż głowa jest już jak najbardziej kobiecą a nie mięsną głową. Warto tu dodać, że jest to żywa głowa. Zatem można wnosić, i taka jest moja hipoteza, że pod górą mięsa skrywa się reszta owej kobiety, której to głowa spod owego mięsa się wyłania.

Ktoś mógłby zapytać, dlaczego opisuję całą tą fotografię, skoro można by ją po prostu pokazać. Otóż nie będę owej fotografii pokazywać, gdyż nie chcę jej za nadto rozpowszechniać. A wiadomo internet medium obrazkowym, więc umieszczanie zdjęć opatrzonych krytycznym komentarzem to trochę strzał w kolano, bo krytykując promujemy krytykowany obiekt.

To była krótka dygresja a teraz pytania końcowe, które kłębią się w mojej głowie. Czy naprawdę nie było już innych zdjęć, które mogłyby promować ten film? Czy dziennikarze gazety do nich nie dotarli? Dlaczego musieli wybrać akurat to niezbyt smaczne zdjęcie? Co każe kucharzom podawać tego typu dania? Co sprawia że ludzie je zjadają?

Oczywiście odpowiedź jest bardzo prosta. Teoria, która za tym wszystkim stoi w skrócie brzmi: czy to w czasach wojny czy to w czasach pokoju, kobieta musi znać swoje miejsce.

Nie do końca zgadzam się z tą tezą, w każdym razie zapewne różnię się co do definicji słowa "miejsce".

Kucharze historii

Więcej zdjęć znajduje się na www.cookinghistory.net

wtorek, 03 sierpnia 2010
Kuchnia a filozofia...

W związku z tym, że ostatnimi czasy moja działalność kulinarna oraz myśli, jeśli chodzi o zagadnienie kuchni, krążą wokół rozmrażania lodówki (nota bene zadziwia mnie coraz bardziej to, jak kiedyś ludzie radzili sobie bez lodówki?) albo robienia zakupów składających się głównie z takiego makaronu (mój brat mówi, że to plastikowy makaron, a tak naprawdę on jest z fasoli i groszku) który się bardzo szybko gotuje (3 minuty), stwierdzić muszę, że cała działalność moja przeniosła się w rejony wakacyjne i filozoficzne. Więc zapraszam wszystkich, których nie tylko kuchnia interesuje na www.filozofy.blox.pl.

A do kuchni powrócę, zgodnie z planem, we wrześniu.

Tymczasem dla Was taki okołokulinarny, wakacyjny odcinek filozoficzny.

Co do obiadu, wino czy wódka?

środa, 28 kwietnia 2010
Bez związku a jednak wkurza

Dzisiaj jeden z Panów Dyrektorów miał urodziny. Więc był tort. Panowie zebrali się koło stołu w biurowej kuchni, ale czegoś im brakowało. Nagle jeden odkrył co to może być. I postanowił szybko problemowi zaradzić. Podbiegł do mojego pokoju, gdzie przebywałam z koleżanką i omawiałam kwestię atestów naszych biurowych drzwi przeciwpożarowych, i wyrzekł te słowa:

- Potrzebujemy Pani, a najlepiej swóch Pań do pokrojenia torcika.

Chciałabym  publicznie oświadczyć, że jak stoimy w biurowej kuchni przy stoliku i Panowie znacząco patrzą na Panie, żeby te zaczęły kroić torciki, to ja tych spojrzeń nie zauważam, nie rozumiem, nie czaję, nie przyswajam i dlatego zwyczajnie nie kroję. Gdyby ktoś jednak zwerbalizował swoją prośbę i zapytał wprost, czy nie mogłabym pokroić, to uprzedzam, że nie zawaham się użyć słowa: "NIE".

Jeśli mnie zapyta "dlaczego?" odpowiem "bo nie". I nie będę sie czuła w obowiązku wyjaśniać.

Jeśli mnie zapyta pobłażliwie: "Czy to przez Twój (chory, głupi, walczący, prymitywny - niepotrzebne skreślić)  feminizm?" odpowiem, "Nie to przez Twój  zwyczajny szowinizm". Koniec oświadczenia.

A na zakończenie link z pięknym tekstem. Nie ma obrazków, ale naprawdę warto wysłuchać:


 

piątek, 23 kwietnia 2010
Gotowanie po szwedzku?

Nonszalancja, szaleństwo,inwencja, a zarazem prostota. Poniżej dwa, godne uwagi przepisy, specjalnie dla Was prosto z Muppet show, szwedzki szef przedstawia.

Przyznam szczerze, że nie pamietałam tego wątku, choć był to mój ulubiony program swego czasu. I dopiero dziś, dzieki intertekstualnym łączom światłowodowym, po latach, odkryłam prawdziwy, kulinarny, sens tego programu.

Czy można by na ten temat napisać pracę magisterską? Nie wątpię :-)

środa, 14 kwietnia 2010
Kluski śląskie

Z kluskami śląskimi to było tak... Przynosi mi tata ziemniaki. A ja zamiast się ucieszyć mówię „po co mi tato tyle ziemniaków”. Tata odpowiada tylko „Ja jeszcze więcej dostałem”. Zostawia ziemniaki i sobie idzie. A problem zostaje. I co ja mam teraz z wami ziemniakami zrobić?

Kluski śląskie, to jasne jak słońce!

Co potrzeba?

  • ZIEMNIAKI - ile jest, dlaczego nieważna jest ilość – o tym w punkcie 3. Dla miłośników matematycznych wyliczeń powiedzmy, że kupcie 1,5 kg

  • MĄKA ZIEMNIACZANA - jedna czwarta tego co będzie ziemniaków po przetarciu, ale o tym później

  • SÓL – na wyczucie dajemy i tu matematyka wam nie pomoże.

  • JAJKO - jedno jajko, którego podobno nie potrzeba dodawać wcale, ale ja dla zdrowia psychicznego dałam, żeby mnie nie prześladowało natrętne „na pewno w gotowaniu się kluski rozpadną i co wtedy?” Lepiej dać jajko, jako działa jak dobry klej, na kluski, bo na inne rzeczy to już nie.

Przebieg zdarzeń

  1. Gotujemy ziemniaki – wersja dla leniwych – ugotować w mundurkach :-)

  2. Przecieramy ziemniaki przez praskę – nie ma wersji dla leniwych, ale to szybko idzie. Uwaga, leniwi z punktu 1 muszą przed czynnością 2 zdjąć skórę. Jeśli chodzi o praskę, to fajną kupiłam swego czasu w takim szwedzkim sklepie z meblami, jest cała metalowa i budzi zaufanie.

  3. Dodajemy do ziemniaków mąkę ziemniaczaną – naszym ziemniakom przetartym w misce nadajemy taki kształt, że mamy z nich taki tort, z którego ktoś zjadł taką mniejszą ;-) ćwiartkę. W tą ćwiartkę wsypujemy mąkę ziemniaczaną, żeby znów mieć cały tort. Dlatego nieważne ile jest ziemniaków bo i tak najważniejsza jest proporcja. A to zapewnia nam teoria tortu.

  4. Dodajemy, teoretycznie w ogóle niepotrzebnie, jedno jajko i wsypujemy sól

  5. Zagniatamy ciasto

  6. Wstawiamy osoloną wodę w garze na kuchenkę, niech się przygotowuje do wrzenia

  7. Formujemy kluski - Wywalamy ciasto na stolnicę i tam dzielimy powiedzmy na 6 części. Z tych powiedzmy 6 części robimy takie grubsze wałki. Tych powiedzmy 6 wałków dzielimy na 8 kawałków każdy. Oczywiście wszystko zależy od tego ile było ziemniaków. Ale jak się zrobi już 6 wałków to potem na oko łatwo ocenić jak je pokroić, żeby wyszły kluski takiej wielkości jak chcemy. Każdy kawałek formujemy w kulkę i lekko zgniatamy. Obowiązkowo robimy dziurkę w każdej kulce, z tym że nie na wylot. Nie wiadomo po co ta dziurka ale musi być.

  8. Wrzucamy kluski na wrzącą wodę, ja wrzucam tyle ile się zmieści na dnie, żeby się po wypłynięciu nie tłoczyły jedna na drugiej. Czekamy aż wypłyną. Jak wypłyną, to przyciszamy i trzymamy na wolnym ogniu tak z 10 minut. Czasem przemieszamy, czasem popatrzymy w niebo, cykniemy jakieś zdjęcie i niepostrzeżenie 10 minut minie. Jak już minie to najlepiej jedną losowo wybraną kluskę wyłowić i spróbować czy to już. Jak już to łowimy całość.

  9. Wrzucamy na talerze - możemy polać stopionym masłem albo jakimś sosem, wedle uznania. Wersja dla leniwych i ekologów bierzemy odrobinę masła z kostki i masło się na gorących kluskach topi samo. Jest i mniej roboty i zmywania.

Czy robiłam wcześniej kluski śląskie? Nie

Czy udały się? Tak

Czy powtórzę ten wyczyn? Tak

Wnioski: Jak z nieba spadną ci ziemniaki, nie marudź, tylko bierz się do roboty :-)

Poniżej oczywiście fotorelacja :-)

Przetarte ziemniaki

 

Mąka, jajo, sól

 

Jak odmierzyć mąkę

 

Krojenie ciasta

 

Wstępny podział klusków

Formowanie

Gotowe! ta dam

I przy tej okazji zakładam kategorię - bezglutenowo, gdzie będę wrzucać przepisy, ale też wszelkie inne informacje dotyczące diety i wydarzeń związanych z bezglutenowym życiem.

niedziela, 04 kwietnia 2010
Smak absolutny

Ostatnio coraz częściej słyszę, że te wafelki to już nie mają tego smaku co kiedyś, że czekolada już nie jest taka jak kiedyś, że truskawki już nie smakują truskawką, że wszystko jest takie bez smaku. A kiedyś, kiedyś to były smaki, proszę panią... Przyczyn tych narzekań można szukać w wielu czynnikach, otóż:

  • może faktycznie jakość żywności tak bardzo się zmieniła, że smak poddany wielorakim obróbkom i przeróbkom gdzieś się ulatnia,

  • a może to my się zmieniamy, starzejemy i z upływem lat tracimy zdolności smakowe, nie jesteśmy w stanie wyczuć tych nut, które czuliśmy kiedyś,

  • może kiedyś kiedy czekolad i innych wiktuałów było mało na rynku, smakowanie ich było dla nas wielkim świętem, które sprawiało nam wielką satysfakcję i dlatego tamte smaki wspominamy o wiele lepiej

  • może jest i tak, że wraz z upływem czasu mitologizujemy swoje dzieciństwo i młodość i dlatego, wydaje nam się że i smaki były wtedy lepsze,

  • a może każda z tych przyczyn jest prawdziwa? po trosze

Nie jest to może jakieś wielkie ogólnoludzkie zagadnienie ani problem, który trzeba by w trybie pilnym rozwiązać. Niemniej nurtujący jest to problem, dlatego czasem marzę o takim absolutnie doskonałym pomiarze tego czy smak faktycznie się na przestrzeni ostatnich lat tak drastycznie zmienił czy też to tylko nasze konfabulacje. Tylko czy mając taką ogromną arcydokładną maszynerię do pomiaru smaku w ręku, nie doprowadzilibyśmy do katastrofy?

I taką możliwość w sposób metaforyczny obrazuje właśnie poniższy komiks.

Smak, Autor Panrac

Rysunek pojawił się na www.bitwy.com a autorem jest bojownik panrac, z którym od czasu do czasu jadam obiady :-)


czwartek, 18 marca 2010
Smacznego! Chorzy z powodu zdrowego jedzenia!

To tytuł książki, którą zupełnie przypadkowo zobaczyłam dziś w empiku. Tytuł tyleż pokraczny ( w sensie barokowo długi) co intrygujący. Ksiażki niestety nie kupiłam, gdyż staram się nie kupować w rzeczonym sklepie, z powodu praktyk monopolistycznych przezeń stosowanych. Inną sprawą jest to, że pewnie przed latem nie będę miała czasu na lekturę, tymczasem jeszcze wiosny nie ma więc co tu mówić/marzyć o lecie :-)

Tak czy owak rzuciłam okiem na dwa akapity. Co wywnioskowałam, oczywiście będzie to nadinterpretacja i pobożne życzenia:

1. książka jest zdecydowanie pod prąd wielu dietetycznych teorii, zatem tytuł nie jest przewrotny.

2. nie jest to książka naukowa,

3. tezy w niej przekazywane  opierają się na mądrości życiowej oraz na obserwacji
jednostkowych przypadków

4. w książce promuje się indywidualne podejście do pacjenta (osoby potrzebującej diety) a odrzuca model teorii ogólnych. Nie da się, zdaniem autorów, stworzyć optymalnej diety, takiej którą możnaby zalecić bez wyjątku wszystkim osobom :-) Można by podejście to nazwać podejściem klinicznym w dietetyce.

Wziąwszy pod uwagę punkt 1 oraz 4 stwierdzam, że warto by tej pozycji poświęcić więcej czasu, niż 5 minut wprzerwie w podróży z pracy do domu. Jak ktoś przeczytał więcej, niech daje znać.


Smacznego

Obrazek skradziony ze strony wydawcy: www.piw.pl


poniedziałek, 08 marca 2010
Wiosna? Brokuł...

Normalnie koniec. Powiedziałam. Koniec tej zimy, tak powiedziałam. Potrzebuję zielonego, zielonego, wiosennego koloru. Tak.

Czas zatem na

ZAPIEKANKĘ BROKUŁOWĄ w kilku krokach

tajemnicą tego dania jest połączenie brokuła, czosnku i świeżo tłuczonego kolorowego (koniecznie) pieprzu. To jest danie za którym dosłownie szaleję :-)

- RYŻ, zatem najpierw gotujemy ryż. Najlepszy jest basmati. Ja to robię tak, 2 szklanki ryżu suchego wrzucam na masło rozgrzane w rondlu (tak z łyżkę masła). Trzymam ryż na ogniu i intensywnie mieszam licząc do 10. Potem zalewam ryż 4 szklankami wody, solę, i przykrywam pokrywką, zwiekszam ogień na max. Dość często mieszam, czekam do zagotowania. Jak już się zagotuje, zmniejszam ogień do absolutnego minimum (w mojej elektrycznej kuchence to jest numerek 1). Od tego czasu już nie mieszam, żeby mogły się wytworzyć w ryżu takie naturalne kominy powietrzne, które uniemożliwiają przypalenie i odparowują wodę. Jak mam podejrzenie, że coś tam przywiera, to lekko podważam ryż od spodu, ale to nie jest mieszanie, nie wolno mieszać, bo to burzy ryżową strukturę. Po około 15-20 minutach ryż jest gotowy... ta dam....można też zrobić wersję z makaronem, ale jak gotować makaron chyba nie muszę tłumaczyć :-)

Ryż


-BROKUŁ - dwie główki brokułowe, trzeba umyć, rozdrobnić i podsmażyć na patelni...dodać trochę wody... poddusić pod przykryciem ale tak,żeby były twardawe.Brokuł


-CZOSNEK - najlepiej latowicki ;-) obieram i przepuszczam przez praskę albo siekam, dorzucamy do brokuła pod koniec smażenia. Ja biorę zawsze główkę czosnku...

Czosnek

-PIEPRZ KOLOROWY - ucieram w moździerzu i wrzucam na patelnię ale to już w zasadzie jak brokuł jest zdjęty z ognia. Mieszam całość, żeby sie pieprz równomiernie rozłożył. Ja biorę płaską łyżeczkę pieprzu...

pieprz kolorowy

-SER ŻÓŁTY - naprawdę dowolny jaki may w lodówce, ucieram na tarce...

Ser żółty

- NACZYNIE ŻAROODPORNE - smaruję masłem - to w nim warstwowo przekładam: ryż brokuł ser, ryż brokuł ser, ryż brokuł dużo sera. Jeśli przekładam na gorąco i zaraz wrzucam danie do piekarnika, to 200 stopni i 15 minut. Jeśli wrzucam zimne danie, to około 40-50 minut w piekarniku musi siedzieć i nie ma innej rady :-)

A potem, ta dam...dla czterech osób jak znalazł...albo dla dwóch na dwa obiady.zapiekanka gotowa

I od razu mi się polepsza :-)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15