CZYLI KUCHENNYMI DRZWIAMI. Notatnik Magdy Tylko powstający w trakcie poszukiwań informacji na temat sztuki, historii i obyczajów kulinarnych. Serdecznie zapraszam...
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
niedziela, 31 stycznia 2010
Zupa dla studenta...czyli lato w zimie...

Kiedy student przygotowuje się do sesji zimowej, to oczywiście rozpoczyna narzekanie, że gdyby to była sesja letnia, to przynajmniej byłoby cieplej, to i lepsze rzeczy do jedzenia by były, warzywa jakieś i owoce, to można by sie było nie wysypiać, bo to lato...a tak zimą to kompletnie ta sesja jest bez sensu, zimą powinno się zakazać sesji. Bo zimą nie daje się uczyć, o nie. I zamiast student się uczyć, student zaczyna narzekać. Aż zgłodnieje.

Tak było i ze mną, ale na szczęście znalazłam w szafie, zupełnie letnio-sesyjną, wściekle zieloną zupę botwinkową. I po 15 minutach ciężkiej pracy w kuchni miałam już swoją letnią ulubioną zupę. Smak mocny, nasycony, ostroburaczkowy jak na botwinkową przystało. Jak mawia moja koleżanka, po prostu czad! taka zupa!

 

A wyglądała on tak:

 

botwinka

Botwinka na tle śniegu

Botwinka z okienkiem

Zielone oko na tle zimy

Botwinka po ugotowaniu

A tak się prezentuje po ugotowaniu

Z octem i jajem

I już prawie prawie jemy :-)

A teraz kryptoreklama :-) Zupę można kupić za 3,50 na allegro, wystarczy wpisać w wyszukiwarkę: zupa botwinka. U użytkownika kkondzik

poniedziałek, 18 stycznia 2010
Gdzie Pani mieszka - koło bazarku...

Nieraz jest tak, że znajomi, pytają gdzie mieszkam, a ja odpowiadam "na Targówku". I zaraz pojawia się to zmarszczone czoło wyrażające "na Targówku? o matko, i jak wy tu życjecie" (bo my tu z mężem żyjemy), a ja niemalże jednym tchem, żeby trochę poprawić swój wizerunek w ich oczach dodaję "ale niedaleko jest pętla i bazarek". Bo bazarek i pętla mnie rehabilitują w ich oczach, bo to coś extra co nie każdy może mieć...

No właśnie bazarek. O bazarkach możecie przeczytać na blogu o Warszawie, jest tam jedno zdjęcie, które mnie rozbroiło. Bo jest tam bazar, który bezczelnie rozłożył się na starym mieście, po prostu bez mrugnięcia okiem, powieką, bezpardonowo, ot tak, właśnie postanowiłem i się tu rozkładam. I co mi zrobicie?

Jak ktoś poszukiwałby opisu bazaru strasznego, oszukańczego, pociągającego i przerażającego zarazem to musi siegnąć do "Kieszonkowego Atlasu kobiet" Sylwi Chutnik. Jest tam o bazarowym zniszczeniu i niszczenniu bazaru, o zagładzie bazaru i o zagładzie, którą niesie bazar...

Bazar zimą może mniej znaczy, bo zimą to mrożonki i inne zupki z kubka, ale latem, latem życie bez bazaru byłoby wstrętne, bo skąd by wziąć te czerwone pomidory, maliny i ogórki, no właśnie, ogórki. Poniżej.

Ogórek

A skoro o ogórkach, to trzeba filozoficznie zapytać? Dlaczego ogórek nie śpiewa?A to się z kolei wiąże z moim ostatnimi czasy milczeniem i brakiem wpisów na blogu, za czym wielu czytelników tęskni i dają temu wyraz w e-mailach, sms-ach i rozlicznych telefonach.

I odpowiedź będzie filozoficzna, po prostu pochłonęły mnie: filozofy.blox.pl. No i po prostu nie daję rady się rozdwoić, choćbym chciała.

Powoli zaczynam dochodzić do wniosku, że w filozofii jest wiecej filozofii niż jest filozofii w kuchni a ostatnio filozofia bardziej mnie ciągnie, bo w kuchni nie mam nic do powiedzenia. Bo w kuchni bezglutenowej ciągle nie mogę siebie odnaleźć, i poprzestaję na chlebku ryżowym, nie bez przyjemności :-) zresztą, o zgrozo.

niedziela, 20 grudnia 2009
Co Jaś zje to Jan odchoruje.

Znalazłam artykuł na stronacy wyborczej pod tytułem Spalić chipsy! Zgodzę się, że problem jest. Pisałam o sklepikach szkolnych w 2007 widać od tamtego czasu niewiele się zmieniło.

Myślę, że to dobrze, że ktoś rozpoczyna temat żywienia dzieci. Niestety przykład Jamiego Olivera uczy, że nie jest łatwo zachęcić dzieci do jedzenia zdrowych rzeczy. Zresztą dorośli nie powinni udawać, że kiedy byli dziećmi uwielbiali owsiankę, surową marchewkę i jabłka. Tak na pewno nie było. Nasza sytuacja była jednak łatwiejsza, bo dostęp do niezdrowych produktów był ograniczony. Słodycze to był towar luksusowy, drogi, zatem problem pochłaniania nadmiernych ilości napojów gazowanych (no może poza wyjątkiem ptysia) czy chipsów w ogóle nie istniał.

Moim zdaniem idea Marty Widz jest słuszna, tylko urzędniczka powinna uważać, żeby nie zapędzić samej siebie i całej akcji w kozi róg narzucając dzieciom nakazy i stosując zakazy. Trzeba się raczej zastanowić jak promować "inne zdrowe jedzenie".

Oczywiscie dużym problemem jest też kwestia finansowa, ten aspekt podkreślają czytelnicy w komentarzach do artykułu. To co zdrowsze jest droższe, więc jak zachęcać, skoro drugo czy trzecioklasista chciałby w sklepiku nie wydać więcej niż 1 zł?

Może trzeba raczej przemówić do rodziców a nie do dzieci? I wyjaśnić im, że na przyszłe problemy swoich dzieci pracują już teraz.

Drugie śniadanie owocowe

Nie trudno sobie wyobrazić, że na taki zestaw drugiego śniadania pierwszą reakcją 80% dzieci byłoby "ble...nie będę tego jadł". Jak nauczyć ich innych reakcji i nowych smaków? Dodam, że owoce są "działkowe" i oczywiscie mozne je podawać tylko w sezonie.

 

 

 

niedziela, 06 grudnia 2009
McEkologicznie w McDonaldzie i dwie luźne uwagi

Podobno McDonald bedzie sie przerabiał z czerwonego na zielony. Jest to tak śmieszne, że aż smutne. Poniżej wyjasnienie, które przytaczam za gazetą:

- Głównym powodem, dla którego zmieniamy kolorystykę, jest nasz szacunek dla środowiska - mówi w rozmowie z "Financial Times Deutschland" Holger Beeck, wiceprezydent McDonald's w Niemczech

Oczywiscie od pewnego czsu widać w Mc Donaldzie trend mający na celu przypodobanie sie klientom, a to zielone jabłko do zestawu, a to kawa (podobno dobrej jakości) zagrywka ekologiczna wydaje się konsenwentnym następstwem tych wszystkich kroków. Najbardziej boję się, że to bedzie jednak skuteczne.

Pierwsza luźna uwaga:

Jeśli chodzi o wieści z rodzimego podwórka, to otworzyła się nowa restauracja tej sieci w Złotych Tarasach. Jes to zmutne tym bardziej, że mamy tam już Burger Kinga i inne tego typu knajpy.

Druga, z pozoru niezwiązana uwaga:

W internecie jest taka bardzo ciekawa gra. W tej grze można być właścicielem restauracji, hodowcą bydła lub pracownikiem biura. Dodam, że pracuje się tam na rzecz duzej miedzynarodowej korporacji o korzeniach amerykańskich. Najciekawsza jest chyba hodowla bydła. Można dodawać do paszy hormony albo inne śmiecie. Można krowę żywcem spalić w płomianiach... Tak mniej więcej wygląda miejsce pracy o którym mówię. A tak są do niego dostarczane krowy:

Mc Donald

Kiedy krowy już się tam nabędą wystarczająco długo, to można je w magiczny sposób przerobić na hamburgery. Po prostu wrzuca się je do tej duzej maszyny z tyłu a zaraz potem pojawiają sie hamburgery. Wygląda to mniej wiecej tak:

 

McDonald 2

Gdyby ktoś naprawdę nie wiedział kto jest autorem gry to niech wpisze mc game do najpopularniejszej wyszukiwarki w sieci.

 

wtorek, 29 września 2009
Klopsiki i ....znak czasów...

Kiedyś było tak, że ludziom marzyła się manna z nieba. Marzył im się też, taki młynek, który produkuje sól. Młynek zresztą zatonął i do dziś dnia leży na dnie morza, dzięki czemu morze jest ciągle słone. Niektórzy opowiadali też o czarodziejskim stoliczku, który sam się nakrywał...No a potem ludzie przegięli i zaczęli rzucać mięsem na oczach dzieci.

Mnie pomysł przeraża. Jakoś spadające z nieba mięso to trochę za daleko, estetycznie mnie to jakoś nie pasuje. Jedna rzecz mnie dziwi: wszystkie postacie w filmie są całkiem szczupłe i nadprodukcja jedzenia nie wchodzi im w boczki. No chyba, że pod koniec akcji, bo wstępniaki reklamowe pokazują tylko szczupłych ludzi.

Niemniej film jako zjawisko kultury wart obejrzenia, tylko szkoda mi kasy na bilet.

 

Klopsiki i inne zjawiska pogodowe

Po prostu brak mi słów...

I oczywiscie nasza ulubiona amerykańska kanapka :-)

środa, 16 września 2009
Wzywam do nalewek wstawiania :-)

Ja w tym roku nalewek nie robię, bo nie!

Tym bardziej, że siostra doniosła, że zrobi. I moje lenistwo wygrywa, ogólnie logistyka kuchenna mnie ostatnio przeraża. Przez te wszystkie ograniczenia kulinarne, zakazy, nakazy... To jeść, tamtego nie. Z tego zrezygnować, ale uważać, zeby zastąpic czymś innym....brrrrrr....Tu sie moze niedobór pojawić widaminy K a tam znów witaminy PP a tam znów osteoporoza...brrr...brrrr ...Najlepiej to nic nie jeść nie będzie problemu....Ale wracając do tematu.

Jak zamknąć malin smak i przechować do zimy?

NALEWKA MALINOWA (zawsze robiłam z podwójnej porcji - to podpowiedź dla siostry:-)

1 kg malin

1 litr spirytusu

Maliny zalać spirytusem i zostawić w spokoju w ciepłe miejsce (czyli pokój). Warto maliny przed zalaniem wstawić do zamrażalnika. Nie chodzi o to żeby je zamrozić na kość, ale żeby zrobiły się lodowate. Jak ścianki komórkowe lekko przemarzną, to są osłabione i potem pod wpływem spirytusu chętniej puszczają aromatyczny sok - a na tym nam zależy :-)Czyli zalewamy i odstawiamy.

po miesiącu jak przypomni nam się, że maliny czekają, to trzeba sporządzić syrop cukrowy:

0,25 dag cukru

0,5 l wody

Dolać do nalewu. I zostawić w spokoju.

po tygodniu - najbardziej pracochłonna część - trzeba oddzielić maliny od nalewu i przelać do butelek. Najlepiej odsedzać na ściereczce i wycisnąć z malin jak najwięcej. Szczelnie zakryć, żeby procenty nam się nie ulatniały.

Zalecają pić łyżkę stołową kilka razy dziennie :-)

Nalewka Malinowa

Tak to sobie właśnie niewinnie stoi i czeka

Malina z bliska

A wcześniej na krzaku, nawet nie marzyła, że przetrwa do zimy :-)

 

 

niedziela, 30 sierpnia 2009
Herbata angielska...

Ostatnio mój nauczyciel od angielskiego organizował przyjecie weselne w hotelu Westin w Warszawie. Z niejakim zdziwieniem wspominał, że pod nazwą herbata angielska, hotel ów, a jest to jeden z lepszych hoteli w mieście, serwuje herbatę torebkowaną z cytryną. O mleku nikt nie słyszał. Na szczęście na specjalne życzenie Pana Młodego podano w końcu mleko i jakoś udało się uratować śniadanie angielskich weselników i reputację hotelu.

Niemniej od słowa do słowa zaczęliśmy rozmawiać o herbacie. Okazuje się, że nie tylko polskie hotele i restauracje mają problem z herbatą. Problem dotyczy już samej europejsiej stolicy herbaty. Ponoć w Angli nikt nie pamięta już o takiej herbacie, albo jeśli nawet pamieta to jes to bardzo wąska grupa osób:

 

Herbata luzem

Herbata jak wyżej konsekwentnie przegrywa z czymś takim:

Herbata w torebca

 

U nas też chyba umiłowanie do torebek jest ogromne. Kiedy człowiek robiąc zwyczajne zakupy w sklepie osiedlowym, super lub hipermarkecie chce kupić herbatę luzem (a juz nie daj boże herbatę owocową) to spotka go rozczarowanie. Herbaty sypkiej jest jak na lekarstwo, za to dookoła otaczają człowieka  całe klany herbaciancyh szczurów (tak, bo właśnie tak to wygląda na dnie kubka, jak mokry szczur)

Ja nie rozumiem umiłowania dla herbaty w torebkach ani trochę. Jest to nieekologiczne, nieestetyczne i co najważaniejsze niesmaczne. Ale boję się, że niedługo już nie będzie można kupić zwykłej herbaty w zwykłym sklepie, tylko będzie trzeba jeździć po całym mieście szukać specjalistycznego sklepu z herbatami w specjalnych cenach.

środa, 26 sierpnia 2009
Dajmy panom szansę

W zwiazku z tym, że w ciągu ostatnich lat panowie w wielu dziedzinach tracą nad kobietami słusznie należną im przewagę, chcemy zatrzymać ten niesprawiedliwy proces. Dlatego patrząc perspektywicznie już dziś chcemy zagwarantować Panom połowę! Podzielimy się władzą pół na pół.

Proponujemy zmiany wprowadzać wielopłaszczyznowo.

Od kuchni:  przekazać Panom połowę dyżurów przy zlewie, połowę wypraw do sklepu, połowę dyżurów przy garnkach i co najmniej połowę spacerów ze śmieciami :-)

Od frontu: oddać Panom połowę miejsc w sejmie, senacie, sejmikach, radach, parlamentach...na razie oddajemy połowę miejsc na listach, ale nie wykluczamy głębszych zmian.

Dlatego zachęcam wszystkich (również Panie) do głosowania za parytetem. Powstaje komitet obywatelski, którego celem jest jego zagwarantowanie, więcej na ten temat na www.feminoteka. pl

Warszawianie i Warszawianki!!! Jutro można głosować pod Kopernikiem.

Wyjaśnienie: to że mówimy w liczbie mnogiej nie znaczy że mówimy w imieniu wszystkich kobiet, znaczy tylko że mówimy w imieniu kobiet, które są za.

 

Głosowanie za parytetem

niedziela, 23 sierpnia 2009
Katastrofa budowlana w kuchni...ku przestrodze.

Pierwsza obserwacja:Człowiek zwykle swoją kuchnię traktuje jak najzwyklejsze i najbezpieczniejsze miejsce na świecie. Owszem można się oparzyć, ale przecież się uważa, stosuje różne rękawice, łapki. Kuchnia to miejsce, gdzie czujność spada, gdzie w spokoju człowiek oddaje się pasji kulinarnej lub ostatecznie zwyczajnie przygotowuje posiłek. Rzadko zastanawiamy się jak to wszystko funkcjonuje, jak to się dzieje, że te wszystki szafki wiszą, że woda leci z kranu, że kuchenka grzeje dokładnie w momencie kiedy tego potrzebujemy.

I druga obserwacja: czasem się słyszy, że u kogoś spadły szafki w kuchni, że łomotnęło, (zwykle robi tak w nocy, nie wiedzieć dlaczego)  że naczynia, ba podłoga się potłukła, że wszystkie płytki do wymiany i zagniewany sąsiad za hałas nocny. Wtedy jednak mysli się, mnie to nie dotyczy, u mnie wszystko pięknie zainstalowane, to niemożliwe, żeby tak się stało.

A jednak... pewnego dnia zauważa człowiek, że te drzwiczki co się bez problemu zamykały juz nie zamykają sie tak fajnie. I człowiek przeprowadza obserwację.. I człowiek zauważa, że problem nie tkwi w drzwiczkach, że problem zadomowił się i to na dobre w ścianie. Bo śruba ze ściany ni z tego ni z owego wyszła.

A że wszystkie szafki na jednej wiszą listwie, to niestety trzeba wszystko z szafek wyjąć i wszystkie pięć szafek zdjąć ze ściany i listwę na nowo przykręcić i tak to rozpoczynają się roboty i tak to niespodziewanie mija sobota na wyjmowaniu, zdejmowaniu i mruczeniu pod nosem, że dlaczego się to nie chce spowrotem zawiesić.A nie chciało złośliwie

I wtedy się okazuje ile to różności się w takich szafkach mieści. I cały pokój robi się zagracony kuchennym badzieiwem, które w miarę wyjmowania przyrasta złosliwie. I człowiek myślał, że to juz koniec a to wcale nie koniec, bo jeszcze tyle do wyjęcia.

 

naczynia po katastrofie

Na zdjęciu tak gdzieś 1/5 zawartości szafek

naczynia co się nie potłukły

Nikt nie wie jak to się stało, że w trakcie prac nic sie nie stłukło. Jakby się stłukło to przynajmniej mniej by było do wkładania :-)

szafki wiszące

A teraz wiszą jak gdyby nigdy nic, szykując się do kolejnej akcji kryptonim "spadamy"

środa, 12 sierpnia 2009
Bułka jarska.

Powiedzmy, że ktoś, być może nawet mój mąż zamieścił taki rysunek w internecie.

Bułka jarska

Na moje pytanie skąd taki pomysł nie bardzo chciał odpowiedzieć. Ale jak zaczęłam temat drążyć, to się okazało, że ja mu się z tematem bułki jarskiej kojarzę. Niby tak, niby się zgadza, myślałam, jestem przecież wegetarianką. Niemniej nie tak sobie bułkę jarską wyobrażam i nie tak wyglądam (no może rano zdarza mi sie tak wyglądać, jak sie nie wyśpię, ale to się prawie w ogóle nie zdarza). I jak tak zaczęłam myśleć, to zaświtał mi pomysł, że pewnie bardziej się kojarze z całym obrazkiem niż z bułką, a właściwie to pewnie najbardziej się kojarzę z pomidorem.

I tak uszczęśliwiona, że tym prostym zabiegiem psychoanalitycznym udało mi sie całe skojarzenie przeinaczyć zamarłam na chwilę. Przyszło mi bowiem do głowy pytanie: Kto w takim razie, jeśli nie ja, jest bułką?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14